Usunięte partycje przy instalacji Linuxa – nauczka

Potrzebowałem dostępu do Linuxa i postanowiłem wreszcie zainstalować sobie pingwina na drugiej partycji. Dodam że nie mam zbyt wielkiej wiedzy o tym systemie operacyjnym. Pikanterii dodaje fakt że robiłem to na komputerze na którym na codzień pracuje.

Systemem nr 1 był Windows 10. Dystrybucją Linuxa wybraną przeze mnie został Mint.

Linux został wypalony na pendrive i wystartowany podczas botowania, wszystko uruchomiło się poprawnie. Następnie wyklikałem instalacji i po spełnieniu warunków przeszedłem dalej. Ponieważ miałem już wcześniej zainstalowany system wybrałem opcje bez formatowania dysku.

I w momencie wyklikiwania partycji stało się coś nieprzewidywalnego, czyli komputer się zawiesił.

Przy ponownym uruchamianiu komputera nie załadował się Windows, założyłem że może ściągnęła się jakaś aktualizacja i trzeba trochę dużej czekać na instalacje. Niestety Winda odmówiła posłuszeństwa i przy drugim uruchomieniu.

Włączyłem po raz kolejny Linuxa z pendrive i postanowiłem sprawdzić jak wyglądają partycje. Okazało się że zamiast 4 jest jedna.

Ponieważ regularnie robię backup i ostatni był robiony w ostatnich dniach kwietnia a wszystkie pliki klientów są w chmurze nie spiąłem się tą sytuacja jakoś specjalnie. Jedną z partycji był magazyn w którym założyłem że mogą być jakieś dane nie ujęte w kopii bezpieczeństwa i będę musiał te 2-3 dni nadrobić. Za głupotę trzeba płacić.

Próbowałem oczywiście naprawiać Windowsa z dysku, jednak nic nie przynosiło skutku.

Kolejnym problemem był fakt że do ewentualnej naprawy miałem środowisko którego nie mam perfekcyjnie opanowanego.

Pierwsze co przyszło mi do głowy to telefon do bardziej doświadczonych kolegów po fachu. Ponieważ jednak był to środek dnia i każdy z nich na pewno siedział przy rozgrzebanym projekcie postanowiłem wypić nawarzone piwo. Bo skoro inni ludzie naprawiają tego typu problemy to znaczy że jest to do wykonania, a tego typu wiedza na pewno przyda się w przyszłości.

Z pomocą przyszły mi wyszukiwarki internetowe i program testdisk. Ostatni raz instalowałem coś na Linuxie kilka lat temu, o przyznawaniu uprawnień nie wspominając.

Po douczeniu się podstaw obsługi terminala postanowiłem pokombinować. Oczywiście bez angielskiego ani rusz.

Na szczęście szybko udało mi się wyklikać rozwiązanie i odzyskać widok poprzednich partycji i je przywrócić. Dysk SSD robi swoje.

Niestety samego systemu Windows 10 nie udało mi się odzyskać, jednak sam dostęp do partycji z magazynem był wystarczający żeby przestać się czymkolwiek stresować.

Zainstalowałem czystego Windowsa 10 i Linuxa Minta (tym razem bez niespodzianek).

Nauczka dla mnie na przyszłość jest taka: Nawet błahe czynności na komputerze na poziomie systemów mogą być problematyczne i naprawa ich może zająć więcej czasu niż godzina. Przed tego typu czynnościami należy bezwzględnie upewnić się czy wykonany jest całkowity backup, oraz robić je tylko wtedy kiedy mamy dużo wolnego czasu. Zawsze trzeba zakładać możliwość negatywnego scenariusza.